Zamówienie
Na początku roku przeprowadziłem się znowu do Radości na ulicę Wspomnień — między innymi ze względu na dobre wspomnienia. Ten sam pokój, ten sam dom przyjaciela — wiele się zmieniło, ale co się nie zmienia? Hej, może być w ogóle fajniejszy adres? W każdym razie to jeden z tych dość karmicznych — we Wrocławiu jest np. ulica Gitarowa — gitara, nie?
Ok, jesteśmy na tropie: zamówiłem gitarę lutniczą.
O tym dlaczego to nie snobizm i dlaczego gitara „ze sklepu” mi nie wystarcza. Powodów jest kilka, ale podstawowy mankament gitary seryjnej to fakt, że ustawiona jest ona zawsze pod jeden konkretny strój (EADGBE1) i grubość strun (zwykle 12 – 52). Oznacza to ni mniej ni więcej, że po założeniu np. strun „czternastek” i zestrojeniu ich do jakiegoś obniżonego stroju (na takich gram zazwyczaj) — gitara już od połowy gryfu zaczyna po prostu fałszować i ponieważ zwykle są to wtedy dźwięki zbyt wysokie — niewiele da się z tym zrobić.
Jako, że od jakiegoś 1,5 roku (po długiej przerwie) znowu gram dużo, raczej codziennie i nie przechodzi — podjąłem decyzję o zamówieniu gitary lutniczej czyli instrumentu zrobionego nie w fabryce, ale w małej pracowni przez jednego faceta, ręcznie.
Taki instrument jest trochę droższy niż mnie obecnie stać. Ale też nie mogę go mieć tak szybko. Lutnik, którego wybrałem ma kolejkę chętnych na 2 lata w przód, a doliczając 7 – 8 miesięcy na pracę nad instrumentem otrzymujemy trzyletni okres oczekiwania. Tak.
I jakiś miesiąc temu — zrobiłem to — wpłacając 10% wartości, zamówiłem gitarę, którą odbiorę pod koniec 2012 roku w UK u niejakiego Nicka Benjamina. Będzie dość zbliżona do tej, którą zrobił dla Newtona Faulknera. I to chyba tyle, zdjęcia wstawię na bloga za 2,5+ roku.
Jednak z tą historią związana jest kolejna. Ponieważ gitar Nicka jest ze 100 na świecie i nie znam osobiście nikogo, kto dałby mi ją pomacać — był to jeden z aspektów dzięki, który zapisałem się na letni obóz gitarowy u Thomasa Leeba, na którym uczyć oprócz organizatora będzie tenże właśnie Newton Faulkner2. Obaj grają na gitarach Benjamina więc… tak, więc może dadzą mi je pomacać i pomóc podjąć kluczowe decyzje co do szczegółów mojego instrumentu.
Ale warsztaty to oczywiście wartość sama w sobie — ktokolwiek uczył się czegokolwiek wie, że bezpośredni kontakt z mistrzem daje „moc”, ale spójrzcie tylko na te zdjęcia. Cieszę się zwłaszcza, że namówiłem na wyjazd również Marcina Kaszyńskiego i zapowiada się niezła przygoda.
(To o tym, że założyłem firmę — i o swoich największych błędach. Następnym razem).
1 Ilekroć na tym blogu piszę o muzyce — używam notacji anglosaskiej czyli ABCDEFG, a nie głupie AHCDEFG — logiczne, nie?
2 Jednak nie: „…and Newton, well, let’s put it this way: I think if he was more master of his own schedule he’d be here.” :(